Tegoroczny wyjazd motocyklowy w Alpy zapowiada się wyjątkowo – i to nie tylko ze względu na kierunek. Plan jest ambitny: przejazd przez Słowenię i dalsza jazda w stronę włoskiej części Alp, pełnej przełęczy, serpentyn i widoków, dla których warto pokonać tysiące kilometrów. To wyprawa, którą od dawna mieliśmy w głowach, a teraz wreszcie czas przekuć ją w rzeczywistość.
Początkowo skład był kameralny – w drogę mieli ruszyć tylko Jacek, Grześ i Robert. Jak to jednak często bywa przy motocyklowych planach, wieść o wyprawie szybko się rozniosła i do ekipy dołączyły kolejne osoby. Ostatecznie na trasę ruszamy w siedmioosobowym składzie, na sześciu motocyklach. Co więcej, to dla nas mała, ale ważna nowość – po raz pierwszy nie jest to wyłącznie męska ekipa. Obok Artura, Marcina i Kuby, jedzie z nami także Ola, co dodatkowo urozmaica charakter tej wyprawy.
Ponieważ startujemy z różnych części Polski – część ekipy z Trójmiasta, część z Wrocławia, a my z Torunia – zdecydowaliśmy się na wspólny, symboliczny początek podróży. Oficjalne rozpoczęcie wyprawy zaplanowaliśmy na pierwszym noclegu w Pradze. To właśnie tam, po setkach pierwszych kilometrów, zbieramy się w komplecie i od tego momentu ruszamy już razem, w stronę Alp i przygody, która – mamy nadzieję – zostanie z nami na długo.

Motocykl Roberta zapakowany i gotowy do drogi.

W drogę! Ku nowej przygodzie 🙂

Z Torunia wyruszamy we dwójkę wraz z Grzesiem i w tak kameralnym gronie obieramy kierunek: Praga

Typowa „dojazdówka” po autostradach i drogach szybkiego ruchu

Jako atrakcję tego dnia można wymienić posiłek w McDonalds

Za Wrocławiem jedziemy „normalną” drogą i już widzimy góry!

No i dojechaliśmy w bardziej pofałdowany teren.. co jest dużym urozmaiceniem po drogach płaskich jak stół w okolicy Wrocławia

Około 20:00 docieramy do granicy z Czechami

A o 23:00 Praga – parkujemy przed hotelem

Ekipa w komplecie w „służbowych” koszulkach 🙂

Poznajemy się lepiej – jedząc pyszną kolację i pijąc lokalne piwo 🙂

I czas na zwiedzanie starówki

Punkty obowiązkowe to: rynek

oraz Most Karola
Do hotelu wracamy około 2 w nocy.. czas spać aby jutro wyruszyć w dalszą trasę

Dzień 1: Toruń – Praga 689km

Rankiem pakowanie

Śniadanie

Ostatnie poprawki przy maszynach

I ruszamy..

Jak widać humory dopisują 🙂

Niestety wyjazd z tak dużego miasta wiąże się z przebijaniem się przez korki..

Na szczęście czym dalej tym ruch mniejszy

Grześ zamówił mycie szyby 😉 A na Jacka zawsze można liczyć – usługa wykonana profesjonalnie i z uśmiechem 🙂

Taki widoczek z mostu..

Jedziemy pomiędzy polami..

Przez małe miejscowości

Wzdłuż rzeki

A czasem przez większe miasta

W Ceskich Budiejowicach robimy dłuższy odpoczynek

Po 16:30 docieramy do granicy z Austrią

Pogoda piękna, droga prosta..

I zaczynają się górki


Krótki postój na rozprostowanie kości

I od razu znalazł się „lokals” który przyszedł sprawdzić co to za zebranie na skrzyżowaniu 😉

Po krótkim odpoczynku ruszamy malowniczą drogą pomiędzy austryjackimi pagórkami

Przekraczamy rzekę

I docieramy na camping

Znajdujemy odpowiednie miejsce

Otwieramy piwo

I zaczynamy rozbijać obóz – trochę czasu potrzeba na naukę rozstawiania namiotów, ale kolektywna praca przynosi efekty 🙂 Jedynie Marcin ma problem, bo zapomniał stelaża do namiotu i będzie musiał spać „pod chmurką”.

Potem kolacja

A po zmroku szukamy lokalu

Gdzie przy lokalnym piwie można podsumować dzień i pomyśleć gdzie jutro będziemy jechać 🙂

Dzień 2 : Praga – Steyr 365km

Poranek przywitał nas piękną słoneczną pogodą

W oczekiwaniu na poranna kawę można posiedzieć i podumać 😉

Woda zagotowana, kawa zaparzona, śniadanie gotowe 🙂

Najedzeni, napici, jedziemy..

A przed nami rozpościerają się piękne górskie krajobrazy

I nie tylko przed nami.. z każdej strony jakieś oszałamiające widoki

Jedziemy przez małe wioski

Oraz miasteczka


Czasem natomiast po kretych i wąskich górskich drogach wijących się pomiędzy szczytami

Odpoczynek z tankowaniem.. paliwa i kawy 😉

Urocza droga wzdłuż koryta jakiejś górskiej rzeczki

Góry coraz wyższe

A miejscowości coraz bardziej malownicze

Kwietne łąki wzdłuż drogi..

I krajobrazy jak z obrazka

Upał, więc postoje obowiązkowo w cieniu

Lub w jakimś klimatyzowanym lokalu

Poznajemy lokalnych mieszkańców 😉

Oraz podziwiamy architekturę

Dla nas „niziołków” z góry świat wygląda inaczej 😉


W ten upalny dzień taka górska rzeka to coś wspaniałego 🙂

Około 18:00 docieramy do kolejnej granicy..

Tak się cieszymy z kolejnego kraju jakim jest Słowenia


Pierwsze kilometry nas zaskakują – płasko tu!

Przez miejscowości jedziemy zwartą grupą

Po blisko 8 godzinach jazdy tego dnia

Docieramy na nocleg

Rozstawiamy obóz – dużo szybciej niż poprzednio 🙂

I na kolację udajemy się do baru na pizze i piwo 🙂 Należy nam się po całym dniu jeżdżenia

Dzień 3: Steyr – Radovljica 410km

Poranek na campingu

Ekipa przygotowana do drogi

Jedziemy poprzez słoweńskie miejscowości

Docieramy nad jezioro Bled


Obowiązkowe fotki w jednym z najbardziej rozpoznawanych miejsc w Słowenii

Grześ z Robertem pojechali zwiedzać zamek

Reszta ekipy nie wyraziła chęci pozwiedzania

Niech żałują! Widok z góry warty był wyprawy na szczyt

Po zwiedzaniu znaleźliśmy resztę pijących kawę w małej miejscowości nieopodal..

Jak widać 2 kółka (i to nie tylko z silnikiem) są bardzo popularne w Słowenii


Lubimy takie boczne drogi

I spokojne a nawet wręcz nieco senne miejscowości

W takich okolicznościach przyrody nie można nie zatrzymać się na fotkę

Ruch duży, a serpentyny wymagające

Przełęcz Vrśić zdobyta 🙂

Można chwilę odetchnąć i popodziwiać widoki

Jedziemy dalej

Na krótkie odpoczynki wybieramy zacienione miejsca

Po prostu WOW!



Typowe górskie drogi

Czasem przez tunel

Czasem po serpentynach

Dotarliśmy do Triglavski Narodni Park

Chwilkę tu pobędziemy

Gdyż widoki są zachwycające

Robimy zdjęcia


Będzie to piękna pamiątka

Jeszcze chwila zadumy nad pięknem tej okolicy..

I czas na kolejne państwo: Włochy

Podziwiamy przyrodę

A także architekturę

Niestety Grzesia motocykl odmówił posłuszeństwa – stracił moc i ledwo „dokulał” się do najbliższej miejscowości

Grześ próbuje go reanimować

Udaje się go na tyle „ożywić” aby jadąc powoli i po płaskim dotrzeć do jakiegoś serwisu.. Jedziemy we trójkę: Grześ, Jacek i Robert. Reszta ekipy pojechała bardziej malowniczą górską drogą – spotkamy się na noclegu.. mamy przynajmniej taką nadzieję.

Po płaskim posuwamy się do przodu – nawet z całkiem sensowną prędkością ok 60km/h

Dotarliśmy do serwisu – niestety mechanika nie ma i będzie dopiero za 2 dni 🙁

Spotkany miejscowy motocyklista Giovani wskazał nam jeszcze jeden warsztat.. niestety również nie znaleźliśmy tam pomocy, gdyż Grzesia motocykl jest za stary i gaźnikowych to oni nie naprawiają 🙁

Z uwagi na to że spala on teraz więcej paliwa pomimo, ze wolniej jedzie musieliśmy zatankować

Jedziemy wolno – można podziwiać widoki

Na przykład wyschnięte koryta rzek

Słońce coraz niżej

Włoskie klimaty

Roślinność egzotyczna

Architektura też inna niż dotychczas

W kierunku zachodzącego Słońca

Na nocleg docieramy już po zmroku

Dzień 4: Radovljica – Selva del Montello 339km

Od samego świtu Grześ reanimuje swój pojazd

Nawet nie robi przerwy na śniadanie i poranną kawę

Po złożeniu i jeździe testowej wydaje się wszystko być ok 🙂 No to możemy ruszać

Tam gdzie kończy się asfalt

Nie każdy lubi szutr.. ale ten jest całkiem przyjemny

No i widoki bardzo ładne

O! oddali nam asfalt 🙂

Nie na długo, gdyż droga zamknięta i albo wracamy, albo musimy pokonać objazd po luźnych kamykach.. wybieramy tą drugą opcję

Udało się 🙂 Jedziemy dalej

Jaki widok!!!


Po drodze spotykamy mieszkańców tych terenów

Odpoczynek na stacji benzynowej


Połączony z drugim śniadaniem


Po godzinie 15:00 docieramy do Verony

Parkujemy w okolicy starego miasta

I idziemy zwiedzać

A to w tej chwili najbardziej zadowolony uczestnik naszej wyprawy – Grześ marzył o przyjeździe tu i pomimo trudności sprzętowych udało mu się to marzenie zrealizować 🙂


Zwiedzamy.. od zewnątrz jak i od środka..

Sporo tu turystów

A to najsłynniejsze miejsce w Veronie – balkon Julii

Ładnie tu

Upał jednak daje nam się we znaki – dobrze że znaleźliśmy wodopój 😉

Powoli kończymy wizytę w Veronie

Jeszcze tylko posiłek

I po ponad 2 godzinach zwiedzania ruszamy w dalszą drogę

Poprzez typowe włoskie miejscowości

Docieramy nad jezioro Garda – nasz kolejny cel wyprawy


Jedziemy wzdłuż jeziora

Robi się ciemno

Zakupy w ostatnich promieniach słońca

W poszukiwaniu noclegu

Docieramy wreszcie na nasz camping.. jest już około 20:30

Po tak męczącym upalnym dniu kąpiel jest rewelacyjna

W wodzie siedzimy aż do zmroku

Dzień 5: Selva del Montello – Gargano 280km

Nasze miejsce noclegowe w gaju oliwnym

Piękny poranek nad jeziorem Garda

Zachęcił nas do porannej kąpieli

Czas ruszać w drogę

Najpierw nad brzegiem jeziora

Wąskimi uliczkami

Góry, drzewa oliwne, upał..

Dobrze, że od jeziora jest nieco chłodniej

Lub jadąc w cieniu..

Tego dnia żegnamy Marcina, który musi oddać motocykl we Wrocławiu

Pora na przerwę


I typowe włoskie potrawy na obiad.. Jedni wybierają pizze a inni makaron

Z pełnym żołądkiem jedzie się znacznie lepiej 🙂

Ale tu wąskie te uliczki

Zamierzamy zdobyć kolejną przełęcz – Passo Crocedomini


Ależ tu ślicznie i zielono

I trochę chłodniej niż w dolinach.. można trochę odpocząć

Jeden z uczestników nam się „popsuł” a dokładniej plecy Arturowi odmówiły posłuszeństwa

Znów ekipa dzieli się na 2 grupy: Artur i Kuba jako szofer Oli jadą powoli i bezpośrednio na nocleg, a Jacek, Grześ i Robert jadąc bardziej widokową trasą dołączą do nich wieczorem

Urok włoskich miasteczek

Coś pechowy dzień dziś.. najpierw „popsuł” się Artur, a teraz Grzesia motocykl znów kaprysi..

Okoliczności piękne, ale lepiej żeby jechał a nie stał..

Motocykl po „namowach” Grzesia namyślił się i jedzie..



Zdobywamy Passo Mortirolo

Co za niespodzianka.. deszcz!


Jak tylko nieco przestało lać jedziemy w kierunku noclegu

Miejsca dla nas już przygotowane przez resztę ekipy

Po rozbiciu można podsumować dzień racząc się lokalnym piwkiem 😉

Dzień 6: Gargano – Temu 234km

Pobudka około 6 rano!

Szybkie śniadanie i obowiązkowa poranna kawa

Wraz z pierwszymi promieniami Słońca jedziemy zdobywać włoskie przełęcze


Widoki są zachwycające

Szczyt coraz bliżej

Dotarliśmy..

Passo Gavia o wysokości 2652 m n.p.m. zdobyta

W sklepiku kupujemy pamiątki

Wchodzimy na pobliski szczyt aby zobaczyć co tam się znajduje

Oraz popatrzeć na góry dookoła

Tam gdzieś stoją nasze pojazdy

Przełęcz zdobyta – można motocykl ozdobić pamiątkową naklejką 🙂

Pomimo trudności Grześ ma się z czego cieszyć 🙂

Ruszamy w dół.. ku kolejnym wyzwaniom..


Jedziemy dolinkami pomiędzy klimatycznymi alpejskimi wioskami

Zaczynając wjazd na przełęcz Stelvio, Grzesia motocykl znów zaczyna „marudzić”

Większość ekipy pojechała swoim tempem a Robert z Grzesiem pomalutku wtaczają się na górę..

Jest czas aby podziwiać otaczające nas monumentalne góry

Co jakiś czas robiąc przerwy..

Najważniejsze, że jedziemy i jesteśmy coraz bliżej szczytu..

W tak interesującym miejscu ekipa czeka na nas

Warto zatrzymać się aby spokojnie podziwiać widoki

I zrobić sobie pamiątkową fotkę

Cała ekipa kibicuje Grzesiowi w jego zmaganiach ze sprzętem..

I jeszcze jeden postój.. Jedziemy od jednego czyszczenia świec do następnego 😉

Tak wjeżdża Grześ motocyklem, który nie jest w pełni sprawny

Tak amator – Robert

A tak jedzie profesjonalista – Jacek 🙂

Pomimo wielkich trudności – jedna z najbardziej znanych przełęczy alpejskich – Passo Stelvio (2757 m n.p.m.) zdobyte!!!

Grześ razem z Jackiem robią naprawę gaźników..

W tym czasie ekipa poszła na punkt widokowy oddalony o kilkaset metrów


Chłopaki skończyli składać motocykl Grzesia i my też udajemy się na ten punkt. Grześ zamówił sobie taksówkę 😉



Warto było tu wjechać 🙂

Jeszcze tylko zakup pamiątek w lokalnych sklepikach

Kolejna naklejka do kolekcji

I ruszamy w dół.. trasą którą niedawno widzieliśmy z punktu widokowego

Dużo zabawy na serpentynach


Grześ jeszcze rozmawia z fotografem robiącym zdjęcia motocyklistom na tej trasie (żona Grzesia prosiła, aby go pozdrowił od niej 🙂 )

Ale tu pięknie..

W górach każda stacja nasza.. trzeba dotankować..

Aby nie stresować się czy dojedziemy do następnej stacji..

Czasem trzeba zatankować także nas 😉 I tu ciekawostka: niby sklep we Włoszech a wszyscy mówią po niemiecku i nawet wszystkie napisy w sklepie i przy kasie po niemiecku..

Słońce, góry, motocykle..

W dolinach można podziwiać winnice

Lub urokliwe miejscowości

Postój i poszukiwanie noclegu.. chłopaki obdzwonili chyba z 10 campingów..

Jak udało się coś zarezerwować, to musimy się streszczać bo mamy jeszcze sporo kilometrów do przejechania

Kolejna już dziś przełęcz przed nami


I kolejny punkt widokowy

Grześ poszedł popatrzeć na wszystko z góry

Obowiązkowa fotka

Opuszczamy Włochy i wracamy do Austrii

Jedziemy bocznymi drogami.. obok po estakadzie biegnie autostrada


Ależ ładne te miasteczka

Oczywiście wszystkie widoki są zachwycające

Z daleka widać skocznię w Innsbrucku

I całe miasto w dolinie

Około 20 docieramy na nocleg

A przed snem można posiedzieć, pogadać i napić się dobrego piwa – zwłaszcza, że to ostatni wspólny wieczór

Dzień 7: Temu – Innsbruck 265km

Rano pakujemy się i następuje podział na 2 ekipy: Ola, Artur i Kuba wracają do Trójmiasta, a Jacek, Grześ i Robert mają zamiar jeszcze troszkę pozwiedzać i dotrzeć do domu 1 dzień później

No to ruszamy – ostatnie spojrzenie na camping i góry go otaczające

Góry z lewej

Góry z prawej

Góry przed nami

A czasem nad nami 😉

Śniadanie dziś w McDonalds

Postanowiliśmy zwiedzić kolejną przełęcz

Jakie ładne te alpejskie domy

Po prostu Alpy..

I ich mieszkańcy

Ups.. chyba nam się droga skończyła

Widok oszałamia – jak z pocztówki

Jest z się z czego cieszyć

No i można nieco odpocząć przed dalszą podróżą

Tym razem w dół..

A następnie w górę – jak na rollercoasterze 😉

Przy takich widokach nie można się nudzić.. tylko podziwiać

Niestety Grzesia motocykl nadal nie lubi górek.. musi odpocząć..


Dalej jedziemy raczej po płaskim.. dolinami

I żegnamy Austrię.. przed nami Niemcy

Grześ ma bojowe zadanie znaleźć nocleg jadąc po jak najbardziej płaskim terenie, a Jacek i Robert postanawiają wjechać na trasę widokową Mautgebuhr

Na górze zostawiamy motocykle na parkingu

I idziemy na punkt widokowy

Aby porobić zdjęcia..




I te piękne okoliczności przyrody możemy uczcić piwem.. oczywiście bezalkoholowym

Słońce chyli się ku zachodowi czas dołączyć do Grzesia

Camping znalazł super i przygotował dla nas miejsce pod obóz

Pobliskie jezioro zachęciło nas do kąpieli

Wieczorem piwo

Oraz pizza na kolację

Dzień 8: Innsbruck – Waging Am See 311km

Nasz obóz o poranku

Pakujemy się

Jacek zastanawia się: „co to ja miałem?? Aha kawę zrobić” 🙂

Trzeba się było streszczać z wyjazdem, bo po sąsiedzku rolnik zaczął gnojówkę na pole wylewać.. a wiatr wiał akurat z tamtej strony..

No to w drogę..

Ale tu płasko.. a my już się odzwyczailiśmy 😉

Docieramy do większego miasteczka

Śniadanie pod Lidlem

Wzdłuż rzeki


Droga szersza, węższa ale ciągle płasko..

Wzdłuż Dunaju

To już ostatnie kilometry w Niemczech

Przed nami Czechy

Pomimo zmiany państwa, krajobraz właściwie taki sam..

Może miasteczka wyglądają nieco inaczej.. tak bardziej swojsko

Prosta po horyzont

Piękny, kolorowy zachód Słońca

Około 21:45 wracamy do Polski

Nocleg mamy w Karpaczu.. przed snem poszliśmy pozwiedzać i zaskoczyło nas to, że miasteczko wyglądało jak wymarłe..

Nawet kolację jemy w pokoju hotelowym, bo nie znaleźliśmy żadnego otwartego lokalu z jedzeniem.. co prawda jest po 23 ale to jest sobota!

Koniec długiego dnia.. Można odpocząć

Dzień 9: Waging Am See – Karpacz 557km

Dużym plusem było porządne śniadanie w hotelu

Gdyż poza tym sam ten przybytek nas nie zachwycił.. nawet za parking nas „skasowali” 🙁

Wyjeżdżamy z Karpacza

Kierunek Toruń..

Staramy się jechać bocznymi drogami


W Strzelnie mieliśmy rutynową kontrolę drogową – wszystko w porządku możemy jechać

Naszą wyprawę kończymy w Toruniu na stacji paliw

Jeszcze tylko ostatnia fotka i każdy z nas jedzie do siebie do domu (Jacek ma najdalej bo do Gdyni jeszcze 200km)

Tak wyglądała cała nasz trasa. Wyszło 3857 km.
Minioną wyprawę w Alpy możemy śmiało nazwać jednym z naszych najlepszych motocyklowych doświadczeń. Już od pierwszych kilometrów poczuliśmy, że czeka nas coś wyjątkowego – wysokie przełęcze, niekończące się serpentyny i widoki, od których nie sposób oderwać wzroku. Każdy dzień przynosił nowe wyzwania i kolejne, coraz bardziej urzekające pejzaże, zarówno przy wschodzącym słońcu, jak i w blasku zachodzącego dnia, kiedy okolica nabierała magicznych kolorów. Przejeżdżaliśmy przez urokliwe alpejskie miasteczka, zatrzymując się na aromatyczną kawę i lokalne przysmaki. Te chwile zostaną z nami na długo, bo Alpy mają w sobie coś, co sprawia, że chce się tam wracać. Dla nas była to także okazja, by sprawdzić siebie, swoje motocykle i poczuć zgraną grupową energię – bo choć każdy mógł jechać własnym tempem, wspólne postoje i wieczorne rozmowy cementowały ekipę. Już wiemy, że każda przejechana trasa i każda napotkana przeszkoda dodawała smaku tej przygodzie, a wspólnie spędzony czas jeszcze bardziej zbliżył nas do siebie.
PS. Większość z nas po powrocie dostała „pozdrowienia” ze Słowenii..

I chyba będziemy musieli napisać zażalenie, bo za cenę 60 Euro to jakość zdjęcia powinna być lepsza.. co najmniej taka, żeby można było sobie nad łóżkiem w ramce powiesić 😉
